Spacer ulicami Kalkuty i moje pierwsze wrażenia w Indiach

Dzisiaj zapraszam Was na niezwykły spacer ulicami Kalkuty. Przeniesiemy się do zupełnie innego wymiaru! Zawsze wydawało mi się, że nasz glob jest zwesternonizowany, a symbole popkultury tak ikoniczne jak Beatelsi, logo Rolling Stonesów i uśmiechnięta Merilyn Monroe znane są w każdym zakątku naszej planety. Być może nie w takim samym stopniu, ale jednak! Możecie więc sobie wyobrazić jak wielkie było moje zdumienie, kiedy w Indiach odkryłam zupełnie inny świat! Jakby totalnie z innej planety! Wydawało mi się, że przygotowałam się na to zderzenie kulturowe. Przeczytałam w końcu pełno książek w których przewijał się motyw Indii, obejrzałam też kilkanaście Bollywoodzkich filmów i niejeden odcinek Kobiety na Krańcu Świata nakręcony w Azji. Jednak wygląda na to, że indyjska rzeczywistość nie może równać się z żadnymi o niej wyobrażeniami, nawet podpartymi wiedzą merytoryczną! Chyba nic nie może przygotować na to, co zobaczymy i czego doświadczymy w Indiach!

Cóż, musze jednak przyznać, że moje podświadome oczekiwania wobec Indii były nieco wypaczone.

Po pierwsze dlatego, że w dzieciństwie uwialbiałam czytać powieść Mała Księżniczka autorstwa Frances Hodgson Burnett, a w latach późniejszych W 80 dni dookoła świata Juliusza Verne. W obu tych książkach Indie przedstawione są jako kraj daleki i tajemniczy, pełen ciężkich woni, jaskrawych kolorów i kopalni diamentów. Z jednej strony dziki i nieucywilizowany. Z drugiej, jako kraj w którym zamki i pałace zamieszkane są przez księżniczki odziane w jedwabie i maharadżów w turbanach i miękkich pantoflach wysadzanych drogimi kamieniami.

Po drugie jak już wyżej wspomniałam, naoglądałam się filmów z Bollywood i po cichu liczyłam na to, że w Indiach przywita mnie jakiś spontaniczny uliczny flash mob roztańczonego i wielobarwnego tłumu. Cóż… niedoczekanie moje!

Jak to wszystko ma się do rzeczywistości?

Współczesne Indie nijak mają się do żadnej z tych wizji. Z całą pewnością jest to kraj kontrastów, gdzie najbardziej brudna, odziana w łachmany bieda ulicy egzystuje tuż obok największego przepychu. Obecne Indie słyną także jako jeden z największych dostawców wysoko wyspecjalizowanej technologicznie kadry. I to nie tylko call centers, bo dziś większość dużych międzynarodowych korporacji ma swój dział IT właśnie w Indiach!

Jakie były moje pierwsze wrażenia po przybyciu do Indii? Zobaczcie sami!

Na samym początku warto zaznaczyć, że Indie to olbrzymi i bardzo różnorodny kraj. Jego powierzchnia to prawie 1/3 całej Europy. Do tego Indie to republika związkowa na którą składają się 29 stanów i 7 terytoriów zależnych, każdy odmienny kulturowo, każdy o innym języku urzędowym ba! nawet alfabety są różne! Indie to także miejce, w którym mieszają się trzy religie świata: Hinduizm, przywiezione z Europy Chrześcijaństwo oraz Islam – pozostałość po mugolskim imperium. Dlatego też w zależności od tego gdzie się udamy, nasze doświadczenia mogą być zupełnie różne!

Kalkuta czy Kolkata? Mój początek przygody w stolicy Zachodniego Bangolu

Swoją przygodę w Indiach zaczęliśmy od Kalkuty, mieście o niezwykle ciekawym profilu kulturowym i historycznym.

Kalkuta to miasto we wschodniej części Indii i stolica stanu Bengal Zachodni. Bengal Wschodni, to współczesny Bangladesz, który został wydzielony z terytorium Indii po odzyskaniu przez nie niepodległości w 1947 roku. Wówczas to opracowano zaaranżowany między innymi przez Mahatmę Ghandi’ego system, który miał zapewnić Indiom bezpieczeństwo i względny spokój w kraju. Wydzielono wówczas obszary do których miała zostać przemieszczona ludność muzułmańska. W taki sposób stworzony został Pakistan Zachodni, obecny Pakistan oraz Pakistan Wschodni, dzisiejszy Bangladesz. Z tego to też powodu wielu mieszkańców tego stanu to muzułamnie.

Z drugiej zaś strony Kalkuta aż do 1912 roku była stolicą Indii Brytyjskich i swego czasu zamieszkiwało tu wielu Europejczyków. W taki sposób pojawiło się tu Chrześcijaństwo, które później rozprzestrzeniło się i spopularyzowało. Na jego rozwój w mieście ogromny wpływ miała postać Matki Teresy, która w Kalkucie prowadziła najbardziej intensywną działalność charytatywną i za którą została nagrodzona pokojową nagroda Nobla w 1997 roku. Wśród mieszkańców Kalkuty jej postać cieszy się dużym szacunkiem.

Jeszcze tylko zaznaczę, że w 2001 nazwa Kalkuty została zmieniona na Kolkatę, by być w większej zgodzie z wymową nazwy miasta w lokalnym języku, Bengalskim. Ja jednak pozostanę tutaj ignoratką, gdyż zwyczajnie nazwa Kalkuta podoba mi się dużo bardziej. Niech więc Was nie dziwi moje ciągłe posługiwanie się tym starym terminem.

Mnóstwo mnóstwo ludzi… Serio! Oni są dosłownie wszędzie!

Pamiętam jeden odcinek Teorii Wielkiego Podrywu w którym Raj bojąc się deportacji żalił się, że nie chce wracać do Indii, bo tam jest tak dużo ludzi? Serio! Oni są dosłownie wszędzie! – powiedział. Te słowa przypominają mi się za każdym razem, gdy wspominam Indie i jest to opis absolutnie idealny! Myślę jednak, że aby dokładnie zrozumieć znaczenie tych słów, potrzeba doświadczyć tego na własnej skórze! Zwłaszcza w Kalkucie, gdzie ludzie naprawdę są wszędzie! Biznesmani spieszący ulicami, straganiarze wychwalający wrzaskliwie swoje produkty, sklepikarze w przerwach posilający się przy ulicznych straganach i najbiedniejsi śpiący tak po prostu na chodnikach czy w przy-ulicznych slumsach. Wśród tego całego rozgardiaszu wałęsają się kury, krowy i mnóstwo bezpańskich psów. Czasem ciężko jest przejść chodnikiem!

Do tego obrazku dodać można jeszcze rozklekotane autobusy wypchane ludźmi do granic możliwości dosłownie wywieszającymi się przez otwarte drzwi i okna. Samochody poruszające się bez związku z jakimiowlwiek przepisami ruchu drogowego. Nie ma co liczyć, że ktokolwiek zatrzyma się, gdy chcecie przejść przez ulice. Najlepiej wziąć nogi za pas i jak najszybciej przebiec na drugą stronę!

Tak właśnie wygląda spacer ulicami Kalkuty.

Dla jeszcze większego zobrazowania sytuacji w tym mieście posłużę się liczbami i wiedzą zaczerpniętą z Wikipedii. Ludność Kalkuty to grubo ponad 5 mln ludzi żyjących na 185 km², co oznacza że na jednym kilometrze kwadratowym mieszka tu aż 27 462 osób! Dla porównania gęstość zaludnienia w Londynie to 5 590 osób na kilometr kwadratowy, a w Warszawie 3 391. Potraficie sobie w ogóle wyobrazić taki ogrom ludzi zgromadzonych na 1 kilometrze kwadratowym? Głowa mała!

Kraj olbrzymich różnic

Przez wiele wiele wieków w Indiach panował system kastowy i po dziś dzień jego ślady obecne są w kulturze Indii. Mimo iż w czasach obecnych został znacznie złagodzony zasadami wprowadzonymi jeszcze za czasów Brytyjczyków, to nadal dzieli społeczeństwo na lepszych i gorszych. Czasem bez związku z poziomem edukacji czy sytuacją materialną.

Poza tym różnice w statusie materialnym są naprawdę olbrzymie! W Indiach są ludzie, którzy rzeczywiście żyją za 1 dolara dziennie oraz ludzie, którzy za jedno wyjście do restauracji zapłacą więcej, niż ci pierwsi zarobią w miesiąc. W Indiach nie istnieje system płacy minimalnej i za usługi płaci się naprawdę śmieszne pieniądze! Dacie wiarę, że za naprawienie torby podróżnej z której wyrwało mi się ucho zapłaciłm jedynie 30 indyjskich rupee?! To jakieś 1,50 naszych polskich złotych!

Szorty do szafy kochana i lepiej zarzuć coś na ramiona!

Pakujecie się na wyjazd do Indii? Dziewczyny, co mogę poradzić, to nie ma sensu zabierać zbyt wielu europejskich ciuchów.

Przyznaję, że w pierwsze dni próbowałam ubierać się zwyczajnie, tak jak ubierałabym sie wszędzie indziej. Nie zakładałam oczywiście żadnych krótkich sukienek, czy szortów, ba, nawet koszulek na ramiączkach. Z jednej strony dlatego, że można się nieźle spiec w Indyjskim słońcu, a ja cholernie tego nie lubię! Z drugiej, nawet ubrana w dżinsy i długie spódnice stanowiłam jedną z największych atrakcji ulicy. Po pierwsze byłam o głowę wyższa od przeciętnego mieszkańca Kalkuty, co z moim 1,60 w kapeluszu jest nie lada wyczynem w warunkach europejskich. Poza tym moja ruda głowa wyraźnym akcentem odróżniała się od czarnych jak węgiel włosów hindusek. Tak więc wyróżniać się jeszcze bardziej było mi zupełnie zbędne. Szybciutko nabyłam więc hinduskie ciuchy, a następnym razem pomyślę też o jakimś rozsądnym nakryciu głowy.

W mediach niejednokrotnie spotkałam się z opinią oburzenia. Że jak to tak?! Tak traktować kobietę? Że gorąco a ja nie mogę szortów czy krótkiej sukienki założyć? Cóż… oczywiście że można. Przynajmniej w Indiach nikt tego formalnie nie zabrania. Jednak naiwnością jest liczeenie na to, że inni przejda obok nas obojętnie. Zwłaszcza w mało turystycznych częściach kraju, gdzie po prostu nie widziano Europejki czy Europejczyka. Hinduski zwyczajnie nie noszą krótkich spodenek czy sukienek, nawet dżinsy nie są zbyt popularne. Moim zdaniem jedynym rozwiązaniem jest tu zaakceptowanie jak się sprawy mają. Świat jest różny. Poza tym nie wszystkim jest do twarzy w spieczonej na raka skórze, więc serio, zarzućcie coś na ramiona!

Jak ubierają się hinduskie kobiety?

Muszę Wam powiedzieć, że zaskoczyło mnie bardzo to, że także zachodni styl ubierania raczej nie cieszy się popularnością na ulicach Indii. Przynajmniej nie w Kalkucie. Jedyne co udało mi się dostrzec na ulicach to dżinsy i najzwyklejszy, niczym nie wyróżniający sie t-shirt z krótkim rękawem. I to raczej na młodych dziewczynach.

Styl codzienny dla kobiet Bangladeszu to kolorowe tuniki noszone do leginsów z długimi nogawkami albo szarawarów czy haremek i z pasującym kolorystycznie lekkim szalem fantazyjnie zarzuconym na ramiona. Sari to strój dużo bardziej tradycyjny i zazwyczaj noszony na specjalnie okazje. Na codzień ubierają się tak raczej tylko starsze mieszakanki Kalkuty.

I w tym wszystkim ja!

I jak Wam się podoba to pierwsze spotkanie z Indiamii? Już wkrótce pojawi się więcej relacji!

 


Dzięki za przeczytanie!
Paula xx

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

UA-111948896-1