Nostalgiczne wynurzenia listopadowego romantyka i trzy wady emigracji

Na co dzień warto być optymistą. Zdarzają się jednak takie chwile, kiedy jest nam smutno i źle, zwłaszcza jesienią. I to są takie chwile, w których warto trochę wyluzować, darować sobie wyrzuty sumienia i nie zmuszać się do wyciskania z siebie 101%. Przynajmniej na chwilę. Warto przypomnieć sobie, że w gruncie rzeczy jest się szczęśliwym człowiekiem. Czasem zapominamy o tym zbyt łatwo. Uważam jednak, że naszym ludzkim prawem jest odpuścić sobie w tych trudniejszych momentach. Odpuścić chociaż na chwilę, poleniuchować, dogodzić sobie małymi przyjemnościami. Napisać nostalgiczne wynurzenia listopadowego romantyka, by pozbyć się złogów zalegającego w nas smutku i nostalgii.

Jesienne nastroje, czyli kiedy nadchodzi listopad

W tym roku londyńska jesień nie rozpieszcza. Od września deszcz niestrudzenie albo pada, albo dżdży, albo leje z nieba szarymi strumieniami. Słoneczne dni można by policzyć na palcach jednej ręki.

Jako że jesień kocham całym swoim serduszkiem, jest mi niezmiernie przykro, że w tym roku ją niejako przegapiłam. Ciężko jest dostrzec magię zmieniających kolory liści, gdy ciągle jest się omotanym w czapki i szaliki, chyłkiem przemykając ulicami i kuląc się pod kapturem i parasolem. Chyba trudno się dziwić, że tym razem jesienna chandra doskwiera mi bardziej niż zwykle. Tęskno mi do kolorowego października pełnego kolorowych liści i pomarańczowych pękatych dyń. Budzenie się każdego dnia w ciemne i mgliste listopadowe poranki, to jeden z najbardziej ponurych elementów jesieni. Podczas gdy jesień absolutnie uwielbiam, tak listopad mółby zniknąć z mojego kalendarza. Jest szaro, wietrznie i jakoś tak… smutno. Miałoby się wówczas ochotę zakopać pod kocem z kubkiem herbaty z miodem i pigwą. To najbardziej czarujący i optymistyczny napój jaki znam!

Tymczasem w takie mgliste poranki zazwyczaj przychodzi mi porzucić ciepłe koce i wygodne łóżko, spiesząc się, gdy zbyt ciężkie powieki opadają na oko spóźniając rutynę poranka.

W takie poranki trochę mi tęskno do szkolnych czasów. Albo studenckich, kiedy ot tak mogłam na weekend pojechać do domu, gdzie czekało na mnie tyle kochanych osób. Tyle pięknych widoków. Pokoje pachnące ciastem i powidłami. Purpurowe astry kwitnące w ogrodzie mojej mamy. Długie, jesienne wieczory spędzane na rozmowach o wszystkim i o niczym. Rozmowach najwspanialszych. Bezsensowne rozprawianie godzinami o polityce. Nawet mroźne poranki nie są takie straszne, kiedy można do woli przyglądać się jak mróz maluje na szybach wymyślne wzory, a ogród zmienia letnie kolory na jesienny szkarłat i złoto. Kiedy można podjadać orzechy i łuskać słonecznik patrząc na rude wiewiórki ganiające się po żółknącym modrzewiu. Gdy rodzina jest wokół. Kiedy można gładzić kudłaty łebek i jedwabiste uszy najlepszego na świecie przyjaciela.

Tu w Londynie nawet wiewiórki są szare…

Jak to jest z tą całą emigracją?

Za oknem liście szaleją w dzikim jesiennym tańcu, a ja myślami jestem zupełnie gdzie indziej.

Czasem emigracja doskwiera. Wprawdzie sama nigdy nie postrzegałam siebie w kategoriach emigranta czy imigranta, w zależności od której strony patrzeć. Bliżej mi już do bycia obywatelem świata. Przynajmniej tak lubię o sobie myśleć 🙂 Nie wydaje mi się jednak, by w XXI wieku trzeba było przejmować się określeniami. Zwłaszcza, że podróże są dziś tak powszechne, że jak to pisała Szymborska – świat można zamknąć w dłoni. Moja sytuacja nie wyglądała też tak, że MUSIAŁAM z Polski wyjechać z jakiegokolwiek powodu. Po prostu tak wyszło. Ba! W ogóle nawet nie myślę o tym w ten sposób. Nie WYJECHAŁAM, ja po prostu JESTEM GDZIE INDZIEJ. Tak na dłuższą chwilę.

3 wady życia na emigracji

1. Tęsknota za rodziną i przyjaciółmi

Dla mnie jest to największa wada. Jestem niesamowicie wdzięczna za wynalazek telefonu, bo potrafię przegadać godziny z bliskimi mi osobami! Nie czuję wówczas, że jestem tak daleko 🙂 Niestety nie mam tego komfortu, by móc sobie pozwolić na wyjazd w każdej wolnej chwili. Natomiast ogromnie mnie cieszy, że Polskę i Anglię, dzieli tylko 2,5h lotu. Gdy ta odległość się wydłuża, poworty są jeszcze trudniejsze.

Niełatwe jest także nawiązywanie nowych realcji i zawiązywanie przyjaźni, przynajmniej dla mnie. Komunikacja na stopie koleżeńskiej nie stanowi problemu. Większość ludzi okazuje się być naprawdę przyjacielska i pomocna. Jednak bliższe relacje jest budować dużo trudniej. Ostatecznie większość ludzi, którzy pojawaiają się w naszym życiu, poznajemy w czasie szkoły, studiów, ewentualnie później w pracy. Znajomości zawiązane w oparciu o stopę zawodową są tym bliższe, im więcej jest wspólnych doświadczeń. Nie przychodzą łatwo, gdy wiążą się z całkowitą zmianą otoczenia.

Z jednej strony uwielbiam spędzać czas z ludźmi. Z drugiej, jestem niezwykle wybredna dobierając ich wokół siebie i najchętniej spędzam czas tylko z najbliższymi mi osobami. W innym razie, wolę już być sama ze sobą.

To właśnie jest najtrudniejsze w tej całej emigracji: poznawanie ludzi. Takich fajnych ludzi, których chce się przy sobie zatrzymać. Piszę o tym, bo wydaje mi się, że jest to dość powszechny problem wśród osób mieszkających za granicą. Kiedyś jedna z moich znajomych wspomniała dokładnie to samo. Pracując za granica zarabia się fajnie, nie powiem. Codzienne życie ma jednak swoje wady.

2. Google twój najlepszy przyjaciel

No właśnie nie Neli, tylko wujek Google. W momentach, kiedy musimy coś załatwić, to właśnie Google okazuje się być najbardziej pomocny. Często proste sprawy, takie jak umówienie wizyty u lekarza czy dentysty, załatwienie ubezpiecznia, czy otwarcie konta w banku, przysparzają nie lada problemów! Nie obejdzie sie wówczas bez sprawdzania tysięcy forów i stron internetowych.

3. Poczucie wyobcowania

Tak ogólnie. Na nowo trzeba szukać ulubionych kawiarni, restauracji, miejsc na spacery. Nigdy wcześniej nie uświadomiłam sobie, z jak wielu cegiełek składa się nasze codzienne życie. Niby wszystko wydaje się być błahostką, jednak brak tych wszystkich drobnych rzeczy powoduje poczucie wyobcowania.


Dzięki za przeczytanie!
Paula
***
Kochani moi! Dajcie znać konieczne jak radzicie sobie ze stanami listopadowej melancholii! A może w ogóle nie wpadacie w te nostalgiczne, mickiewiczowskie stany ciesząc się każdym dniem bez względu na to co przynosi? Podzielcie się swoimi poradami i optymizmem! Jestem pewna, że więcej go w Was niż listopadowego deszczu 🙂

 

 

 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

UA-111948896-1